Odcinek 3 – Kiedy i dlaczego utraciłeś smak życia i poczucie wolności? cz. 2

Cześć,
Witam Cię w drugiej części odcinka pt. „Kiedy i dlaczego utraciłeś smak życia i poczucie wolności?”.
Zachęcam Cię do przesłuchania jego pierwszej części, może być ona pomocna w zrozumieniu kontekstu bieżącego odcinka.
Dziś chcę podzielić się z nową historią, ilustrującą jak po studiach ponownie przestałam odczuwać radość i poczucie wolności, a moim codziennym towarzyszem stał się brak energii i motywacji.
Następnie opowiem Ci o tym, co dla mnie było punktem przełomowym, punktem zwrotnym. Kiedy i w jaki sposób doszłam do momentu, w którym moje ciało, dusza i umysł stwierdziły, że tak dalej być nie może, że chcę coś z tym zrobić. Pokażę Ci w jaki sposób poradziłam sobie z tym trudnym dla mnie stanem.
Na zakończenie zaproszę Cię do wykonania ćwiczenia, które pomoże Ci ustalić przyczyny braku radości i witalności w twoim życiu i wprowadzić korzystne zmiany.
Cześć, nazywam się Monika Dąbrowska – jestem psychologiem, a to jest podcast dla osób, które czują się przytłoczone pracą i chcą odzyskać energię i czas do realizacji marzeń, aby doświadczać dzięki temu większego poczucia wolności i spełnienia. Jeżeli masz poczucie że życie przecieka Ci przez palce, a Twoje dawne marzenia, plany i zainteresowania są tylko odległym wspomnieniem dawnego Ciebie, zapraszam Cię do słuchania tego podcastu.
Chcę pomóc Ci w odzyskiwaniu oddanej w czasie pracy energii i witalności, co pozwoli Ci wrócić do porzuconych zainteresowań, pasji czy hobby. Chciałabym, abyś dzięki tym odcinkom nauczył się budować dla siebie i pielęgnować takie przestrzenie w życiu osobistym, które cię karmią, w których zaczynasz czuć się spełniony i szczęśliwy.
Tyle słowem wstępu, teraz zapraszam Cię teraz do wysłuchania tego odcinka.
Każdy z nas żyje jakimś rytmem. Są to nie tylko pory roku, ale dni wypełnione codziennymi obowiązkami. Zdarza się, że z czasem nie wiadomo kiedy tracimy radość życia i energię. Codzienny kołowrotek sprawia, że świat wokół przestaje nas zachwycać, a my stopniowo i nieświadomie przełączamy się na życie w trybie autopilota. Wykonujemy jakieś czynności, rozmawiamy nawet z ludźmi, ale nie ma w nas już takiej świeżości wewnętrznej i poczucia lekkości, jak kiedyś kiedy byliśmy napełnieni po brzegi marzeniami i planami.
Drugi moment w moim życiu kiedy ponownie straciłam jego smak, poczucie wolności i radości pojawił się kiedy poszłam do swojej pierwszej pracy w korporacji. Byłam bardzo przejęta perspektywą zatrudnienia na stałe w firmie i wtedy ponownie wpadłam w pułapkę porzucania swoich pasji, tak aby całkowicie skupić się na pracy. Jednak w przeciwieństwie do podstawówki, gdzie potrzebowałam kontroli zewnętrznej w postaci rodziców, którzy to przypominali mi o szkole, teraz sytuacja była inna. Miałam już w sobie ugruntowaną i zinternalizowaną postawę czołobitności wobec obowiązków. Na początku mojego zatrudnienia tłumaczyłam to sobie w ten sposób: jestem na okresie próbnym, wiec potrzebuje wykazać się umiejętnościami w nowej pracy. Na te 3 miesiące mogę odpuścić sobie inne sfery życia, pomyślałam. W końcu za swoją pracę będę mogła zarabiać pieniądze, a nie zdobywać tylko jakieś abstrakcyjne oceny, tj. w szkole. Kiedy myślę o tej sytuacji z perspektywy czasu zauważam, że odezwał się we mnie wtedy schemat zaimplementowany w latach szkolnych. „Najpierw obowiązki, a potem przyjemności. A jeśli nie starczy czasu na przyjemności to trudno.” Muszę się z tym pogodzić.
Z zapałem zaczęłam się więc uczyć różnych procesów, które miałam obsługiwać i poznawać kulturę firmy. Wiedzy i niuansów do przyswojenia był ogrom, a tempo zawrotne. Ponieważ nie ogarniałam wszystkiego tak dobrze, jakbym chciała – zdarzało mi się zostawać w pracy dłużej. Chciałam jak najszybciej być samodzielna, a nie ciągle pytać się o wszystko kolegów i koleżanek z pracy. Uważałam to za trochę deprymujące. Po 9-10 godzinach przy komputerze mózg parował i kręciło mi się w głowie. Na grę na pianinie nie miałam ochoty, nie miałam siły aby się na niej skupić. Stresowały mnie cotygodniowe spotkania z team liderem, który podsumowywał moje wyniki. A normą powinno być 98% wydajności. Wyliczenia statystyczne używane w firmie jasno pokazywały, że każdy pracownik powinien być w stanie taką wydajność osiągnąć. A w moim przypadku zawsze mogłoby być lepiej…Atmosferę pracy mogłabym streścić słowami: szybciej, lepiej, wyżej, dalej. Mimo wszystko cieszyłam się, że dostałam przedłużenie umowy na czas nieokreślony. Czułam jednak, że wciąż nie jestem dość dobra, że ciągle wiem zbyt mało, aby po pracy beztrosko sobie odpoczywać. Zostawanie 1-2 godzinę dłużej weszło mi w nawyk. Już nawet nie zgłaszałam tego jako nadgodziny. Czasami nawet „potrzebowałam” dokończyć cos do pracy w weekend. Urosło we mnie przekonanie, że to moja wina że nie potrafię czegoś zrobić szybciej. Że się nie wyrabiam. Wtedy nie przychodziło mi jeszcze kompletnie do głowy, że może to nie ja się nie wyrabiam tylko kierownictwo firmy, które nie potrafi odpowiednio zarządzać pracą. Czasami budziłam się w nocy ze strachem przypominając sobie, że coś w jakimś określonym przypadku zapomniałam zrobić, sprawdzić i ze stresu nie mogłam zasnąć. Mój mąż zaczął mi powtarzać, że zrobiłam się opryskliwa i mało empatyczna wobec niego. Wtedy to do mnie nie docierało, nie umiałam spojrzeć na siebie z dystansem. Czułam się przedłużeniem swojej pracy. Kiedyś koleżanka, która była ekspertem w naszej grupie przyznała, że czasami kręci się jej w głowie ze zmęczenia i że boi się po pracy wracać do domu samochodem, bo słabszy refleks. „No, ale trzeba żyć dalej” – podsumowała. Zgadzałam się z nią i myślałam sobie, że to już niedługo. Że tylko jak nauczę wszystkiego, co trzeba i jak trzeba w pracy to będę mieć czas dla męża, energię i motywację do gry na pianinie i na relaks. No po prostu na wszystko co lubię i do czego planowałam wrócić.
Kiedy wydawało się, że wreszcie nauczyłam się tych wszystkich rzeczy, których powinnam wyobraź sobie że los zakpił ze mnie bardzo mocno. Pojawiła się bowiem sytuacja zupełnie niezależna ode mnie, niczym grom z jasnego nieba. Otóż firma zaczęła mieć poważne problemy finansowe. Zarząd ogłosił, ze za kilka miesięcy zakład pracy tak naprawdę przestanie istnieć. I nagle wielu dobrych pracowników zaczęło zwijać swoje żagle uciekając z firmy jak z tonącego statku, którym w istocie była. Przykro było przychodzić do pracy i widzieć że kolejne osoby nie przyszły, bo zrezygnowały, wykruszyły się same. Myślałam o tym, co ze mną będzie. Byłam zła, rozżalona na cały świat, mając świadomość że ponowne szukanie pracy przy tak dużej liczbie naprawdę dobrych kandydatów na rynku nie będzie dla mnie łatwym zadaniem. Tak więc moje szukanie pracy i ponowne przyuczanie się do nowego stanowiska miało zacząć się od początku. Poczułam wielkie rozczarowanie. Znowu było coś ważniejszego niż ja i moja radość życia.
Opisana sytuacja była punktem zwrotnym dla mnie. Poczułam jak narastająca gdzieś w głębi mnie fala żalu i złości za utraconą radością i czasem, którą starałam się do tej pory uspokoić logicznymi argumentami (że praca jest ważna, bo dzięki niej zarabiam itd. itp.), przebija tamę mojej cierpliwości. Fala po prostu się rozlała. Ponieważ czułam, że nie mam już i tak nic do stracenia, pozwoliłam sobie zanurzenie się w tym stanie. Czułam się fatalnie. Pamiętam, że po ogłoszeniu sytuacji w firmie przespałam praktycznie cały kolejny weekend. W pracy wykonywałam zadania jak zawsze, ale przestałam pracować po godzinach. Nie miałam już motywacji. Stwierdziłam nagle, że 8 h czasu to i tak dużo i że jeśli nie zdążę czegoś dokończyć, to jutro przecież też jest dzień. Komentarzy teamlidera na temat moich wyników wysłuchałam w obojętnym milczeniu. Wyniki moje nie były lepsze, ale nie były też specjalnie gorsze. Poczułam większą pewność siebie.
Zaczęłam obserwować myśli, które przychodziły mi do głowy i notować je. Zdecydowałam się na uważność wobec tych wszystkich obszarów mojego ciała, które do tej pory cierpliwie znosiły wielogodzinną pracę w pozycji przed komputerem. Głowa, szyja, ramiona, kręgosłup, oczy, nadgarstki. One wszystkie mówiły do mnie, wręcz krzyczały – „Monika, my już tak dalej nie możemy. Boi nas to, jak nas traktujesz, jak nas zamęczasz. Zrób coś, bo ignorowałaś nas za długo”. I powoli zaczynałam rozumieć, że moim menagerem wcale nie jest osoba, którą spotykam gdzieś w firmie na korytarzu, ale że jest nim moje ciało. To jest mój osobisty menager. Taki, który daje mi feedbacki na temat tego, jak się zachowuje i co robię. Natychmiastowe lub odroczone. I w dodatku – w pewnym momencie, jeśli się nie poprawię swoich wyników, każde zapłacić rachunek w walucie zdrowia. Nieuchronność tego sparaliżowała mnie. Teraz miałam czas na spojrzenie na siebie w lustrze. Niezdrowe jedzenie, niedosypianie, brak ruchu – to była do tej pory moja codzienność. „I co z tego masz?” zapytałam samą siebie?
Kiedy już zeszło ze mnie pierwsze napięcie związane z szokiem, po zderzeniu się z perspektywą utraty pracy, poszłam większy spokój. Spokój sprawił, że dotarła do mnie jeszcze jedna myśl, a właściwie to było olśnienie. Przecież ja byłam już kiedyś w podobnej sytuacji. W okresie przechodzenia z podstawówki do liceum. Zaczęłam się śmiać, po raz pierwszy od tak bardzo dawna. Przypomniałam sobie tamten moment i moje utajone postanowienie jako nastolatki Moniki, że nie pozwolę więcej na to, aby szkoła weszła mi na głowę. I teraz po latach znowu wpadłam w tę samą pułapkę. Okoliczności były co prawda nieco inne, bo w podstawówce byłam dzieckiem, a w pracy dorosłą osobą, ale zarówno szkoła jak i praca mają przecież wiele ze sobą wspólnego. To są całe systemy, struktury, regulaminy, co wolno a co nie. Co robić wypada, a co nie wypada, co się liczy. Oferują tez nagrody – szkoła oceny, a praca – pieniądze. I oba żywią się moim czasem i energią.
Wtedy wpadłam na pomysł, że skoro zarówno szkoła jak i praca zawodowa mają swoje regulaminy i strukturę to ja stworzę swoje własne, których będę przestrzegać, aby chronić siebie, moje potrzeby i wartości a przede wszystkim czas dla moich bliskich i na to co kocham. I że zrobię to już teraz, w tym właśnie trudnym okresie przejścia z jednej pracy do następnej. Wtedy chyba pierwszy raz poczułam, że rozpad firmy, w której pracowałam okazał się tak naprawdę szansą dla mnie. Kto wie, czy gdyby nie to zdarzenie, wciąż nie przekładałabym swojego życia prywatnego na później, na lepsze czasy, na czas jak jeszcze zrobię to i tamto? Czyli jednym słowem – na wieczne nigdy. Stwierdziłam, że zacznę korzystać z narzędzi wypracowanych przez siebie w okresie nastoletnim.
Pierwszym krokiem było ustalenie swoich granic. W tym celu zrobiłam dla siebie listę rzeczy, których nigdy więcej nie zrobię. Jakie to były rzeczy?
– Nigdy nie zostaję w pracy po godzinach. I tutaj dodałam wyjątek:
– Jeżeli już wyjątkowo przytrafi mi się nadgodzina to ja zgłaszam i odbieram, wtedy kiedy potrzebuję.
Kolejna rzecz:
– Nigdy nie rezygnuję z urlopu. Zawsze wykorzystuję cały urlop w danym roku. Odpoczynek mi się po prostu należy.
– Nigdy nie czuję się wyczerpana pod koniec dnia pracy. Postanowiłam, że nie chcę czuć nigdy więcej, ze moje ciało jest zesztywniałe i obolałe pod koniec dnia pracy. Koniec pracy to miał być dla mnie początek dnia. Tej jego lepszej części. I na tę część dnia miałam mieć energię.
– Nigdy nie chodzę do pracy kiedy jestem chora. Moje zdrowie jest zawsze na pierwszym miejscu.
Następnie stworzyłam listę nowych nawyków do wdrożenia:
– Jeżeli nie mam w pracy spotkań z innymi osobami, to pracuję z minutnikiem. Ustawiam czas na 60 minut, a potem zawsze robię przerwę.
– W czasie przerwy korzystam z moich sposobów na doładowanie się (5 minut na balkonie, deser owocowy itd.)
– Jeżeli czegoś w pracy nie wiem lub nie rozumiem to pytam się innych do upadłego, nie staram się wymyśleć koła na nowo. Nie muszę wiedzieć wszystkiego.
– Jeśli to nie jest konieczne nie uczestniczę w imprezach integracyjnych, bo zabierają mi mój prywatny czas, który już nie wróci
– W okresie próbnym pod koniec każdego tygodnia robię dla siebie podsumowanie co mi się w danej pracy podobało, a co nie, jak się w niej czuję i czy nadal chcę tam pracować. To był dla mnie ważny punkt, bo nie musiałam być przecież od razu przekonana że złapałam pana boga za nogi, a jeśli zauważyłabym cos niekorzystnego dla siebie, jakąś czerwoną flagę, to lepiej było się od razu rozglądać za inną pracą.
– Ustalam konkretny czas na przeglądanie ogłoszeń o pracę i wysyłanie CV. Nie miałam zamiaru poświęcać całego wolnego czasu na zajmowanie się szukaniem pracy. Przewartościowałam to i uznałam, że praca jest jedną z bardzo wielu dziedzin mojego życia.
Równolegle postanowiłam zadbać wreszcie o to, co buduje moje dobre samopoczucie:
– Ustaliłam stały czas na grę na grę na instrumencie w tygodniu. Stwierdziłam, że niezależnie od tego kiedy uda mi się znaleźć pracę i czy w niej pozostanę, chcę robić dalsze postępy w grze na instrumencie. Jak się bowiem przekonałam praca przychodzi i odchodzi, a moja pasja pozostawała niezmienna od lat.
– Zaczęłam ustalać z wyprzedzeniem jakieś ekstra wyjście w miesiącu do kina, teatru. Dzięki temu chciałam zadbać o to, aby czas wypoczynku był naprawdę jakościowy, żeby pozwalał mi oderwać się od codzienności i otworzyć na nowe doświadczenia.
– Ponieważ w moim dotychczasowym życiu dominował siedzący tryb życia, postanowiłam też zadbać o zdrowie, ale nie od święta tylko regularnie. Dlatego zapisałam się na basen.
– Zaczęłam też dbać o relacje z bliskimi poprzez wspólne wyjścia, rozmowy itd. Razem z moją znajomą o podobnej jak ja potrzebie kreatywności zaczęłyśmy się umawiać na różne warsztaty – zdobienia porcelany, tworzenia witraży i inne. Po takich spotkaniach zawsze czuję się uskrzydlona i ta energia daje mi napęd do działania w ciągłu kolejnych dni.
– Zwracam większa uwagę na oczekiwania mojego męża, nie chciałam już nigdy więcej aby praca była ważniejsza od niego.
Dzięki swoim postanowieniom i wdrożeniu na stałe nowych nawyków poczułam się znowu sobą. Odnalazłam energię, witalność i radość, która nie zależała od tego czy ktoś odpowiedział na moje wysłane CV czy też nie. I wiesz co? Nową pracę znalazłam w ciągu 2 miesięcy. Byłam na 3 rozmowach kwalifikacyjnych do których podchodziłam z dystansem i lekkością. Pamiętam, że po każdym spotkaniu z potencjalnym pracodawcą miałam zaplanowaną jakąś frajdę. Wychodziłam z budynku firmy od razu na spotkanie ze znajomymi albo do kina na wciągający film. Robiłam tak dlatego, że chciałam od razu oderwać się mentalnie od rozmów kwalifikacyjnych. To pozwalało mi nie zastanawiać się jak mi poszło, czy dobrze wypadłam itd. Nie chciałam tracić czasu na takie rozmyślania, na roztrząsanie każdego swojego zdania i gestu z rozmowy kwalifikacyjnej. Uznałam, że mój czas jest cenny.
Z mojej historii płynie nauka, że los lubi płatać figle i nawet jeśli raz odzyskaliśmy radość i poczucie wolności to nie znaczy, że kiedyś nie pojawią się okoliczności, które ponownie będą stanowić dla wyzwanie dla naszego dobrostanu.
Dzisiaj, po kilku latach w nowej pracy mogę Ci powiedzieć, że jasne postawienie granic względem pracy zawodowej oraz dbałość o zdrowie, relacje i hobby sprawiły, że radość, większe poczucie wolności i poczucie spełnienia na dobre zagościły w moim życiu. Wiadomo, że zdarzają się lepsze i gorsze dni, nie zawsze wszystko da się kontrolować, ale staram się zawsze wracać do swoich wspomnianych nawyków, które sprawiają że czuję się tak, jak chcę się czuć.
I Tobie życzę tego samego. Nie wiem, jaka jest Twoja historia. Jak i kiedy Ty straciłeś smak życia i poczucie wolności. Czy powodem była praca zawodowa czy cos innego? Zadaj sobie to pytanie. Zachęcam Cię również do skorzystania z bezpłatnego ćwiczenia do którego link znajdziesz tutaj. Pozwoli Ci ono zastanowić się nad Twoją przyczyną braku sensu życia, dostrzec jakie potrzeby nie zostały zaspokojone i co możesz z tym zrobić.
Subskrybuj mój podcast na platformie na której go słuchasz. Na YouTube, Spoify lub innej.
Do usłyszenia w następnym odcinku, trzymaj się ciepło, cześć.




