Odcinek 2 – Kiedy i dlaczego utraciłeś smak życia i poczucie wolności? Cz.1

Cześć,
Chcę podzielić się z Tobą moją historią na temat tego, w jaki sposób utraciłam kiedyś smak życia i poczucie wolności. Chcę Ci opowiedzieć o czynnikach, doprowadziły do tego, że przestałam odczuwać radość, a moim codziennym towarzyszem stał się brak energii i motywacji. W dzisiejszym odcinku opowiem Ci pierwszą z takich historii, drugą zaś podzielę się w kolejnym odcinku.
Następnie opowiem Ci o tym, co dla mnie było punktem przełomowym, punktem zwrotnym. Kiedy i w jaki sposób doszłam do momentu, w którym moje ciało, dusza i umysł stwierdziły, że tak dalej być nie może, że chcę coś z tym zrobić. Pokażę Ci w jaki sposób poradziłam sobie z tym trudnym dla mnie stanem.
Na zakończenie zaproszę Cię do wykonania ćwiczenia, które pomoże Ci ustalić przyczyny braku radości i witalności w twoim życiu i wprowadzić korzystne zmiany.
Cześć, nazywam się Monika Dąbrowska – jestem psychologiem, a to jest podcast dla osób, które czują się przytłoczone pracą i chcą odzyskać energię i czas do realizacji marzeń, aby doświadczać dzięki temu większego poczucia wolności i spełnienia. Jeżeli masz poczucie że życie przecieka Ci przez palce, a Twoje dawne marzenia, plany i zainteresowania są tylko odległym wspomnieniem dawnego Ciebie, zapraszam Cię do słuchania tego podcastu.
Chcę pomóc Ci w odzyskiwaniu oddanej w czasie pracy energii i witalności, co pozwoli Ci wrócić do porzuconych zainteresowań, pasji czy hobby. Chciałabym, abyś dzięki tym odcinkom nauczył się budować dla siebie i pielęgnować takie przestrzenie w życiu osobistym, które cię karmią, w których zaczynasz czuć się spełniony i szczęśliwy.
Tyle słowem wstępu, teraz zapraszam Cię teraz do wysłuchania tego odcinka.
Każdy z nas żyje jakimś rytmem. Są to nie tylko pory roku, ale dni wypełnione codziennymi obowiązkami. Zdarza się, że z czasem nie wiadomo kiedy tracimy radość życia i energię. Codzienny kołowrotek sprawia, że świat wokół przestaje nas zachwycać, a my stopniowo i nieświadomie przełączamy się na życie w trybie autopilota. Wykonujemy jakieś czynności, rozmawiamy nawet z ludźmi, ale nie ma w nas już takiej świeżości wewnętrznej i poczucia lekkości, jak kiedyś kiedy byliśmy napełnieni po brzegi marzeniami i planami.
W moim życiu były dwa momenty, w których straciłam smak życia. Jeden z nich miał miejsce już bardzo wcześnie w dzieciństwie.
W okresie przedszkolnym kiedy moi rodzice zajęci byli pracą, moja babcia przywoziła mnie na zajęcia do Młodzieżowego Domu Kultury. Uwielbiałam atmosferę tego miejsca, miałam tam dużo koleżanek i kolegów, a co najważniejsze zawsze działo się tam coś kreatywnego.
W tamtym czasie uwielbiałam szczególnie zajęcia z rysunku i ku swojemu zdziwieniu zajęłam nawet pierwsze miejsce w jakiś konkursie plastycznym na temat mojego rodzinnego miasta. Czułam wtedy ogromną dumę i radość. W okresie przedszkola i pierwszych lat w podstawówce kontynuowałam zajęcia w MDK-u. Klasa 1-3 była dla mnie tak naprawdę przedłużeniem przedszkola i zawsze starczało mi czasu i energii na to, co lubię. A oprócz rysowania i gry na pianinie były to wycieczki rowerowe i opieka nad moim zwierzątkiem domowym. Powoli jednak szkoła zaczęła zajmować coraz więcej czasu. Zdawanie z klasy do klasy wiązało się z coraz większą ilością przedmiotów i materiału do przyswojenia. Poza czasem spędzonym w szkole musiałam w domu przygotowywać się na kartkówki, sprawdzany i ewentualne odpytywanie przez nauczyciela na następny dzień. Stopniowo stawałam się coraz bardziej przemęczona i wzburzona faktem, że nie mam czasu i sił na to, co lubię i czego chcę. Zawsze było coś ważniejszego ode mnie, czyli szkoła którą w tamtym okresie nazywałam “zakładem”. Kiedy miałam 11 lat byłam już tak sfrustrowana tym, że nie mam czasu i siły na swoje pasje, że powiedziałam rodzicom, że więcej się do szkoły nie wybiorę, bo tak dalej być nie może. Rodzice zaprowadzili mnie do psychologa. Powiedziałam mu, że chcę uczyć się grać na pianinie, że chcę być wolontariuszem dla zwierząt i że chcę dalej rysować i że generalnie mam mnóstwo pomysłów na to jak chciałabym spędzać czas. Wspomniałam też, że ponieważ mam problemy z chemią, matematyką i fizyką, nauczycielka poleciła mi chodzenie na zajęcia wyrównawcze, żeby jakoś zdać do kolejnej klasy z tych przedmiotów. Powiedziałam wtedy, że zajęcia wyrównawcze zabierały mi mój prywatny czas. Psycholog powiedziała mi wtedy, że podchodzę do tematu swoich pasji zbyt poważnie i że
nie powinnam się tak denerwować, bo jeszcze przyjdzie na nie czas. I że powinnam się skupić na zajęciach wyrównawczych właśnie. Czyli jednym słowem nie potraktowała mnie poważnie, ale całkowicie zbagatelizowała. Argumentowałam, że tej nauki jest coraz więcej, więc kiedy ten czas miałabym niby znaleźć? Odpowiedź była: wakacje będą za parę miesięcy. Super, tylko że ja chciałam to robić stale. Poza tym – argumentowałam- mogłabym się skupić na rozwijaniu tego, co przychodzi mi łatwiej, choćby na pisaniu wypracowań i nauce geografii. Odpowiedź jednak była taka, że powinnam wyrównywać swoje w braki trudnych dla mnie przedmiotach.
W tamtym czasie nauczyłam się, że przyjemności muszą ustąpić miejsca obowiązkom i że zanim oddam się swoim pasjom powinnam się pięć razy zastanowić. „Najpierw obowiązki,
a potem przyjemności. A jeśli nie starczy czasu na przyjemności to trudno.” Pojawiło się we mnie niejasne uczucie, że jeśli coś lubię robić, to najwyraźniej nie jest dobrze. Z punktu widzenia nauczycieli to, co lubię robić nie jest dla nich użyteczne, wartościowe. System szkolny podłamał moją duszę. Czułam się wyblakła, nijaka. Moim celem było mentalne zjadanie coraz większej ilości informacji obezwodnikach kwasowych, powstaniach, wojnach
i matematycznych twierdzeniach.
Szkoła utrwaliła we mnie przekonanie, że oddawanie się swoim pasjom jest stratą czasu, mojego czasu, który to chciałby przecież wykorzystać system szkolny. Oczywiście po to, żeby potem dobrze mi się wiodło jako dorosłej osobie. Taka przynajmniej była wtedy narracja.
Po latach widzę, że szkoła i przygotowywanie się do niej zajmowały więcej czasu, niż praca na etacie. Większość nabytej wtedy wiedzy wyparowała z mojej głowy, gdyż nauczyciele byli tak zajęci realizacją programu szkolnego, że zapomnieli mnie nauczyć technik efektywnej nauki. Brawo. Gdy pomyślę ile piosenek mogłabym nauczyć się grać na pianinie w tamtym czasie, zamiast uczyć się ciągle o wojnach na historii których dat i przebiegu i tak zapomniałam, to robi mi się smutno.
Jak więc widzisz pierwszy moment, w którym straciłam radość życia miał miejsce stosunkowo wcześnie w moim życiu. Moja potrzeba kreatywności i wolności nie była w tamtym czasie realizowana, bo dałam się ubić szkolnej presji i w efekcie zgubiłam coś bardzo ważnego, co dawało mi radość.
W tamtym okresie myślałam, że tak będzie już zawsze. Egzamin do liceum zbliżał się wielkimi krokami i myślałam praktycznie ciągle o nauce. Jednak ku mojemu zdziwieniu okres nastoletni przyniósł szereg pozytywnych dla mnie zmian.
Pierwszą z nich była zmiana środowiska związana z przejściem do liceum. Nowe otoczenie, nowa klasa i nauczyciele, którzy traktowali mnie bardziej dorośle, co dało mi nowa perspektywę na swoje życie.
Drugą z nich było nawiązanie przyjaźni z osobami, które miały większy dystans do nauki i były zaangażowane w wiele pozaszkolnych aktywności i tak samo jak ja spragnione większej wolności.
Trzecią było większe przyzwolenie moich rodziców na to, aby określić co bardziej mnie interesuje, także w kontekście wyboru przyszłego zawodu.
Te wszystkie czynniki sprawiły, że udało mi się wypracować większą niezależność wobec presji szkolnego systemu.
Wtedy działo się to intuicyjnie, metodą prób i błędów. Po latach mogę stwierdzić, że odbyło się to w kilku krokach.
Po pierwsze: W liceum pojawiła się we mnie wewnętrzna zgoda na to, że nie muszę być celująca we wszystkich przedmiotach. Świadomie zdecydowałam się, że z matematyki, fizyki i chemii chcę mieć tylko i wyłącznie tróje. I o ile szkoła twierdziła nadal, że wszystko jest ważne i że wszystko muszę wiedzieć i zapamiętać, to ja uznałam że bardziej cenię wiedzę i
umiejętności z tych przedmiotów, które autentycznie mnie interesują.
Po drugie: Nauczyłam się oddzielać swoje poczucie wartości od ocen otrzymywanych w szkole. Jak to zrobiłam? Pomimo, że nie chodziłam już na zajęcia do MD-ku, kontynuowałam naukę gry na pianinie – zostałam samoukiem i byłam zachwycona tym, ile potrafię się nauczyć samodzielnie. Kiedy nauczycielka powiedziała mi raz na matmie, że będzie ze mną źle, bo nie wiem jak zastosować twierdzenie Talesa w jakimś zadaniu, to w duchu tylko się roześmiałam. Już wtedy wiedziałam, że Tales i jego twierdzenie z 7 wieku p.n.e. nie będzie miało wpływu na moją ścieżkę zawodową, ani na moje życie za lat 10. Poza tym, byłam dumna z tego, że rozwijam konkretną umiejętność gry na instrumencie zamiast spędzać czas nad wkuwaniem regułek jakiegoś twierdzenia. W tamtym czasie spędzałam też popołudnia na grupowej nauce śpiewu i świetnie się przy tym bawiłam.
Po trzecie: Zaczęłam też bardzo pilnować czasu przeznaczonego na naukę nielubianych przeze mnie przedmiotów. Kiedy miałam np. uczyć się chemii nastawiałam minutnik na 30 minut. Jeśli nie nauczyłam się wszystkiego, czego miałam się nauczyć w tym czasie, to trudno. Nie zamierzałam się już tym przejmować. Trója wystarczała mi w zupełności. W okresie liceum stwierdziłam, że nauczyciele sami powinni między sobą konsultować ilość zadań domowych, które zadają uczniom, zamiast dziwić się że są przemęczeni i niedouczeni. Faktem jest, że żaden z nich tego nie robił, bo jego przedmiot był przecież najważniejszy.
Po czwarte: Zaczęłam bardzo mocno rozgraniczać czas szkolny i czas prywatny. Istnieli nauczyciele, którzy niespecjalnie mnie lubili, gdyż wciąż powtarzałam im, że jeśli chcą żebym się czegoś nauczyła, to musza to sami przedstawić w ciekawy dla ucznia (czyli dla mnie sposób). Nie robiłam już dla szkoły taryfy ulgowej i nie poświęcałam całego wolnego czasu na szkołę. Zdarzały się weekendy podczas w ogóle nie zaglądałam do książek.
Jak więc widzisz w okresie liceum podjęłam mniej lub bardziej świadome działanie na rzecz odzyskania czasu na własne pasje. Wiązało się to ze zmianą moich przekonań na to, co jest dla mnie ważne i na co mam wpływ.
Studia były dla mnie pasjonującym czasem, gdyż wybrałam je w zgodzie ze sobą. Dzięki temu nauka była przyjemnością, a moja radość życia i poczucie wolności rozkwitały.
I Tobie życzę tego samego. Nie wiem, jaka jest Twoja historia. Jak i kiedy Ty straciłeś smak życia i poczucie wolności. Czy powodem była praca zawodowa czy cos innego? Zadaj sobie to pytanie. Zastanów się nad tym. Zachęcam Cię również do skorzystania z bezpłatnego ćwiczenia do którego link znajdziesz tutaj.
Pozwoli Ci ono zastanowić się nad Twoją przyczyną braku sensu życia, dostrzec jakie potrzeby nie zostały zaspokojone i co możesz z tym zrobić.
Subskrybuj mój podcast na platformie na której go słuchasz. Na YouTube, Spoify lub innej.
Do usłyszenia w następnym odcinku, trzymaj się ciepło. Cześć.




